środa, 28 września 2016

Environmental Toothbrush, Ekologiczna szczoteczka do zębów

Witajcie,
w poprzednim poście podzieliłam się z Wami moimi odczuciami wobec kilku naturalnych past do zębów. Dzisiaj, zapraszam na post o naturalnej, bambusowej szczoteczce do zębów australijskiej marki Environmental Toothbrush.


Opis producenta:
Miękka, ekologiczna szczoteczka z włókien bambusa - w pełni biodegradowalna, nie zanieczyszcza środowiska. Miękka i bezpieczna - nie zawiera BPA, dzięki temu, że nie jest zrobiona z plastiku. Produkt wegański.
W pełni naturalna szczoteczka z włókien bambusa, dzięki którego umiejętności odnowy jest to produkt niezagrażający naturalnemu środowisku. Opakowanie szczoteczki również ulega biodegradacji. Szczoteczka jest miękka i delikatna. Szczoteczki produkowane są zgodnie z zasadami sprawiedliwego handlu.

Było to moje pierwsze spotkanie ze szczoteczką naturalną, zazwyczaj sięgałam po te szeroko dostępne w każdej drogerii.

Wybierając szczoteczkę zdecydowałam się na wersję Soft (miękką), ponieważ mam wrażliwe dziąsła i już jakiś czas temu zauważyłam u siebie niepokojący fakt cofania się dziąseł. Nie mam problemów z kamieniem, ale martwią mnie te odsłonięte szyjki zębowe. Dlatego zawsze wybieram szczoteczki z miękkiego włosia i dużą uwagę przywiązuję do dokładnego szczotkowania zębów.

A jak sprawdziła się u mnie ta naturalna szczoteczka?

No właśnie średnio. Mój główny zarzut dotyczy jej trwałości. Włosie straciło swoją sztywność i zaczęło rozchodzić się na boki właściwie już po kilku myciach. Szybko mycie zębów zaczęło przypominać właściwie szorowanie ich kawałkiem drewna, i to jeszcze zbyt dużego i źle wyprofilowanego.
Cała filozofia naturalnych i bezpiecznych szczoteczek do zębów bardzo do mnie trafia, ale niestety ten produkt nie spełnił swojego podstawowego zadania - nie byłam w stanie dobrze umyć tą szczoteczką zębów. Jej trwałość jest wręcz skandalicznie krótka, i to za 17zł.
Nie wrócę do tej szczoteczki, ale to nie znaczy, że nie mam ochoty poznać innych naturalnych produktów tego typu.

Chętnie poznam Wasze zdanie na ten temat. 
Może polecicie mi jakieś dobre, naturalne szczoteczki?
całuję
Kosodrzewina79





niedziela, 11 września 2016

(denko) Higiena jamy ustnej - pasty do zębów - Levera, Aloe Dent, Urtekram, Argital, Argiletz, Eco Cosmetics i Receptury Babuszki Agafii

Witajcie,
bloga prowadzę już kilka lat i tak zdałam sobie sprawę, że piszę o szamponach, odżywkach, hennie czy balsamach, a tak mało...prawie wcale o czymś tak podstawowym jak pasta do zębów. Odrębnych postów doczekało się zaledwie 3 pasty: niemiecka Alverde, indyjska Red i rosyjska z borówką od Babuszki Agafii.  

Dzisiejszy post będzie więc zupełnym odwróceniem dotychczasowych trendów na moim blogu. Zapraszam na subiektywny przegląd siedmiu past do zębów.




Zacznę od mojego ulubionego produktu z tej całej gromadki, a jest to: 

  • Eco Cosmetics, Pasta do zębów z czarnuszką bez mięty pieprzowej - zużyłam już kilka opakowań tej pasty i za każdym razem wracam do niej z wielką przyjemnością. Produkt ma postać kremo-żelu (z naciskiem na słowo kremo!) i chociaż producent na opakowaniu zaznacza, że nie jest to pasta miętowa, to jednak udało się mu stworzyć świeżą pastę bez mięty. W składzie mamy czarnuszkę, rumianek, szałwię i echinaceę. Pasta bardzo dobrze dba o zęby i dziąsła. Mój wielki HIT. Kupię ponownie.
  • Skład: Aqua, Sorbitol, Nigella Sativa Extract*, Camellia Sinenesis Leaf Water, Hydrated Silica, Magnesium Carbonate, Echinacea Purpurea Extract*, Salvia Officinallis Extract*, Maris Sal, Hamamelis Virginiana Extract, Nigella Sativa Oil*, Glycerin, Carvone, Alcohol, Sodium Cocoyl Glutamate and Disodium Cocoyl Glutamate, Xanthan Gum, Xylitol.
  • Optima, AloeDent Whitening - naturalna wybielająca pasta bez fluoru - pasta ta właściwie jest żelem, i to jeszcze w takim przyjemnym, trawiastym kolorze (wiecie, o 5 rano wszystkie pobudzające bodźce są potrzebne :D). Uwielbiałam stosować ją rano, bo za sprawą aloesu i mięty dawała ona błyskawiczne orzeźwienie. Kupię ponownie.
  • skład: Glycerin, Sorbitol, Hydrated Silica, Aloe Barbadensis, Aqua, Xylitol, Sodium Laurol Sarcosinate, Mentha Piperita Oil, PVP, Hydroxyethylcellulose, Menthol, Melalucea Alternifolia Oil, Sodium Hydroxymethylglycynate, Citric Acid, CI75810.


Na kolejnym miejscu w moim rankingu znajdują się pasty szałwiowe na bazie glinki zielonej. Jedna jest włoskiej marki Argital, druga niemieckiej Argiletz. Lepsza okazała się:

  • Argiletz, Pasta do zębów z szałwią BIO na bazie glinki zielonej, bogata w mikro i makroelementy oraz minerały - pasty glinkowe są bardzo specyficzne i nie polecałabym rozpoczęcia właśnie od nich swojej przygody z naturalnymi pastami do zębów. Bazą tej pasty jest po prostu zielona glinka, woda, gliceryna i ekstrakty. Dodatek substancji powierzchniowo czynnej - laury glucoside sprawia, że pasta delikatnie się pieni i jest naprawdę przyjemna w użyciu. Smak - szałwia z nutą słodyczy. Kupię ponownie. 
  • Skład: Aqua, Illite, Maltitol, Calcium Carbonate, Salvia Officinalis*, Alcohol*, Glycerin, Silica, Sodium Lauroyl Glutamate, Usnea Barbata Extract, Carrageenan, Salvia Sclarea Oil*, Xanthan Gum, Linalool.

  • Argiletz, Ściągająca pasta do zębów na bazie olejku szałwii - bazą tej pasty (podobnie jak poprzedniej) jest zielona glinka. W tym przypadku dodatkowo w składzie mamy jeszcze olej i ekstrakt z szałwii oraz ekstrakt z róży. Konsystencja tej pasty była bardzo "surowa" lekko tępa, co sprawiało, że nie było poślizgu podczas mycia zębów. To przełożyło się z kolei na to, że trochę zmuszałam się aby po nią sięgać. Doceniam jej super naturalny skład, ale to szorowanie zębów "żywą" glinką nie było przyjemne. Ziemisty glinkowy smak nijak nie chciał kojarzyć się ze świeżością. Pasta dla osób zaprawionych w czyszczeniu zębów glinkami i innymi proszkami. Dużym minusem w przypadku tego produktu jest jeszcze jego ciężkie metalowe opakowanie, które niestety podczas podróży pękło mi z boku. Nie wiem, czy kupię ponownie.

  • Skład: Glycerin - Aqua - Kaolin - Calcium Carbonate - Xanthan Gum -Salvia Officinalis Oil* - Salvia Officinalis Extract (Demeter)- Rosa Canina Extract (Demeter)- Solum Fullonum - Maris Sal - CI 75810 (Clorofillina) - Styrax Benzoin Extract - Berberis Vulgaris Extract - Alcohol (bio). 


Trzy kolejne miejsca w moim rankingu zajmują następujące pasty:
  • Lavera, Miętowa pasta do zębów z fluorem - pamiętam, że od past Lavery zaczęła się moja przygoda z naturalnymi pastami do zębów. I chociaż zużyłam tych past już wiele wiele najróżniejszych opakowań, to jednak mnie one nie zachwycają. Po prostu dobre, poprawne pasty, ale bez szału. Może kupię ponownie.
  • Skład: wyciąg z echinacei*, sorbitol, drobinki kwasu krzemowego, substancja myjąca z kokosa, sól morska, fluorek sodu, ksantan, wyciąg z arniki górskiej*, hydrolat mięty pieprzowej*, dwutlenek tytanu, nalewka z mirry, aromat naturalny.

  • Receptury Babuszki Agafii, Pasta witaminowa - przeszłam chyba przez wszystkie rodzaje past od Babuszki Agafii. I naprawdę mają one dobre działanie. Moją wielką ulubienicą jest ta z borówki, do propolisowej i solnej nie powrócę ze względu na smak, a ta witaminowa jest tak po prostu po środku. Nie wiem, czy kupię ponownie.

  • skład: Aqua with infusions of Organic Ribes Nigrum (Black Currant) Fruit Extract, Hippophae Rhamnoides Oil, Bidens Triparttita Extract, Acorus Calamus Root Extract, Glycyrrhiza Glabra Root Extract, Rosa Canina Flower Extract, Sophora Japonica Flower Extract, Fragaria Vesca Fruit Extract, Pinus Palustris Wood Tar, Atragene Sibirica Extract, Vegetable Glycerin (roślinna gliceryna), Sorbitol, Hydrated Silica (naturalny minerał), Sodium Cocoyl Glutamate (z aminokwasów i roślinnego oleju), Xanthan Gum (naturalny zagęstnik), Natural Flavor, Xylit (z syberyjskiego cedra), Sodium Benzoate (z owoców rokitnika), Potassium Sorbate ( z owoców jarzębiny), Retinyl Palmitate (wit,A), Niacinamide (wit,B3), Disodium Rutinyl Disulfate (wit,P), Tocopherol (wit,E), Sodium Ascorbyl Phosphate (wit,C).

  • Urtekram, Pasta do zębów drzewo herbaciane - pasta o intensywnym zapachu drzewa herbacianego, ale niestety w moim rankingu zajmuje ostatnie miejsce. Dlaczego? Za sprawą formuły. Po włożeniu pasty ze szczoteczką do buzi miałam wrażenie, że próbuję umyć zęby jakimś tępym, śmierdzącym mułem. I to pocieranie tą kredową pastą o moje wrażliwe zęby i dziąsła - NIE podziękuję. Pomimo certyfikatów, które pozyskała ta duńska marka dla swojego produktu, nie byłam w stanie zużyć go do końca. Nie kupię ponownie.
  • Skład:Calcium Carbonate, Aqua, Glycerin*, Xanthan Gum, Melaleuca Alternifolia Oil* (Aroma*), Commiphora Myrrha Oil", llimonene

I to tyle, mam nadzieję, że ktoś dotrwał do końca. 
Jestem ciekawa czy znacie te pasty, i czy Wasze zdanie pokrywa się z moim.
całuję
Kosodrzewina79

sobota, 10 września 2016

Nacomi, Balsam do ciała Macadamia oraz Balsam do ciała Argan

Witajcie,
w dzisiejszym poście chciałabym opowiedzieć Wam trochę o moich odczuciach odnośnie dwóch balsamów polskiej marki Nacomi.



Nacomi opierałam się bardzo długo, ale dziwnym trafem podczas moich sporadycznych wypadów do drogerii Hebe prawie zawsze jakiś kosmetyk tej marki wpadał do mojego koszyka. Zrobiłam też kiedyś jedne, większe zakupy. Teraz przyszedł czas na recenzje.

Balsam Argan
Balsam Macadami
Skład
Deionized Aqua, Argania Spinosa Kernel Oil, Butyrospermum Parkii Butter, Coconut Oil, Glycerin, Cetyl Alkohol, Glieryn Stearate, Cetearyl Alkohol, Stearid Acid, Benzyl Alcohol, Dehydroacecit Acid.
Deionized Aqua, Macadamia Ternifolia Seed Oil, Butyrospermum Parkii Butter, Cocos Nucifera Oil, Glycerin, Cetyl Alcohol, Glyceryl Stearate, Cetearyl Alcohol, Stearic Acid, Sodium Lauroyl Glutamate, Parfum, Benzyl Alcohol, Dehydroacecit Acid
A co ciekawego w składzie?
Woda, olej arganowy, masło Shea, olej kokosowy, gliceryna
Woda, olej macadamia, masło Shea, olej kokosowy, gliceryna
Konsystencja
Lekki  jedwabisty balsam
Lekki jedwabisty balsam


Zapach
Z tym zapachem to dziwna sprawa.  Niby jest ok., ale na dłuższą metę to właśnie on dyskwalifikuje dla mnie te balsamy. Zapach balsamów przypomina mi tanie perfumy.  Wersji arganowej po prostu nie znoszę – pamiętam jak pewnego wieczoru nałożyłam grubszą warstwę balsamu na całe ciało, niestety w nocy nie mogłam zasnąć, rozbolała mnie głowa – skończyło się na szybkim prysznicu w środku nocy.
Zapach wersji Macadamia jest znacznie delikatniejszy i przyjemniejszy.  Ale mimo to jest również bardzo męczący.
Apeluję do Nacomi o bardziej subtelne i naturalne zapachy.
Działanie
Chociaż w kwestii zapachów mocno kręcę nosem, to jeżeli chodzi o nawilżające działanie balsamów nie mogę powiedzieć złego słowa.  
Produkt ładnie rozprowadzał się po skórze i naprawdę widocznie ją nawilżał. Nie potrafię określić, który działał lepiej (chociaż eksperymentowałam ze smarowaniem każdej nogi  innym balsamem).  To takie dobre codzienne balsamy. 
Podsumowując, są to polskie i naprawdę dobrze działające kosmetyki, ale nad zapachem Nacomi musi jeszcze popracować.

Znacie te balsamy?
całuję
Kosodrzewina79

środa, 7 września 2016

Nubian Heritage, Balsam do ciała z konopi indyjskich i oleju Neem

Witajcie,
kilka miesięcy temu opisywałam Wam mojego wielkiego ulubieńca - cudowny balsam mango marki Nubian Heritage, w dzisiejszym poście opowiem Wam o kolejnym balsamie tej marki.


Skład:
Butyrospermum parkii (shea butter)*, deionized water, cannabis sativa (hemp) seed oil*, stearyl alcohol (palm kernel), vegetable emulsifying wax, castor seed oil, mangifera indica (mango) seed butter*, theobroma cacao (cocoa) seed butter*, vegetable glycerin, jojoba oil*, azadirachtin indica (neem) oil, essential oil blend, carbomer, tocopherol (vitamin E), vetiveria zizaniodes (vetiver), allantoin (comfrey root extract), lonicera caprifolium (honeysuckle) flower (and) lonicera japonica (japanese honeysuckle) flower extract.
*Certified Organic Ingredients


Moje wrażenia:
Opisując balsam mango używałam takich określeń jak: gęsta maślana konsystencja, cudowny słodki (mango) zapach oraz rewelacyjne nawilżenie.

Teraz, gdy zasiadłam do recenzji balsamu Nubian z konopi indyjskiej mam ochotę napisać, że chociaż produkt pochodzi od tej samej marki, to jednak wszystko w nim jest zupełnie inne.
Konsystencja - lekki lotion
Zapach - dla mnie jest to bardzo intrygujący. Te z Was, które pamiętają moje recenzje dezodorantów Theo i Julie wiedzą, że bardzo lubię takie niespotykane zapachy. Olej z konopi ma specyficzny ziemisty, trochę drzewny zapach. W składzie lotionu obok wspomnianego już oleju konopnego jest jeszcze masło Shea, mango i kakaowe oraz olej jojoba, ale największy wpływ na zapach tego produktu ma z pewnością obecność w jego składzie prawdziwego śmierdziuszka - oleju Neem, który ma cudowne antybakteryjne właściwości, ale jego zapach jest naprawdę... no powiedzmy to delikatnie... oryginalny. Jest to bardzo mocny, wręcz gęsty zapach mokrego lasy z nutą goryczy.
W lotionie marki Nubian pobrzmiewają nuty oleju konopnego i Neem ale również wyraźnie czuć w nim słodkie i świeże nuty masła mango oraz ekstraktów żywokostu i wiciokrzewu. Im dłużej używałam tego balsamu, tym bardziej byłam zachwycona jego oryginalnym i niesamowicie intrygującym zapachem.



Działanie - konsystencja tego produktu jest bardzo myląca, niby to taki delikatny lotion, a tak ładnie nawilżał skórę. Jednak chciałabym zwrócić Waszą uwagę na inne - zdrowotne właściwości tego balsamu. Bardzo szybko zauważyłam, że balsam wyraźnie uelastycznia i poprawia stan skóry, ale największą różnicę zauważyłam na udach. Niestety jestem w tej grupie kobiet, które trapione są zwłaszcza po depilacji licznymi krostkami, podrażnieniami skóry ud. Do tego mam taki mało przyjemny problem, że gdy tylko trochę zmarznę (wychłodzę organizm) to od razu właśnie na udach pojawiają się u mnie bolesne małe "wrzody", po których później przez wiele miesięcy mam sine blizny. Nie jest to miły dla oka widok. Na ten problem zwróciła mi również uwagę Pani, która wykonywała mi laserową depilację ud. Pamiętam, że gdy poszłam do niej po dwóch miesiącach na kolejny zabieg Pani oniemiała. Usłyszałam, że to nie te same uda, nie ta sama skóra. Stany zapalne i blizny łanie się wygoiły i poznikały. Jestem pewna, że to zasługa olejów konopnego i Neem. One naprawdę mają cudowne właściwości.

Mojej wielkiej miłości do oleju konopnego nie będę przed Wami ukrywała. Mam do niego naprawdę wielką słabość:

Szczerze polecam Wam bliższą znajomość z balsamem narki Nubian oraz z samym olejem z konopi indyjskiej.
całuję
Kosodrzewina79

PS Jestem bardzo ciekawa Waszych doświadczeń z marką Nubian oraz olejem konopnym.

niedziela, 4 września 2016

Dylematy po Naturalnej Stronie Mocy - BANDI, PHYTO, TOO Faced, COCO Chanel

Witajcie,
dzisiaj przychodzę do Was z postem, który właściwie będzie jednym wielkim pytaniem: W jaki sposób raz, a porządnie i dobitnie powiedzieć bliskim, znajomym, że wybrało się, taką a nie inną drogę w pielęgnacji? Oczywiście mam na myśli świadome przejście na naturalne kosmetyki, i to zarówno te do pielęgnacji, jaki i te do makijażu.

W czerwcu miałam imieniny, później urodziny i tak się stało, że w okresie wakacyjno-urlopowym spływały do mnie jeszcze zaległe prezenty.
Niestety nie zawsze przy ich rozpakowywaniu na mojej twarzy pojawiała się autentyczna radość. Prezenty były drogie, ludzie bardzo się postarali, ale moje szczęście nie było "absolutne". Po przejściu na Naturalną Stronę Mocy nawet przez chwilę nie miałam ochoty na powrót do drogeryjnych, chemicznych kosmetyków. A takie niestety często jeszcze dostaję.
Prezenty? Po prostu chciałabym uniknąć takiej sytuacji w przyszłych latach. A nie mam jednocześnie takiej odwagi, żeby powiedzieć komuś, że bardzo dziękuję za prezent, ale jego skład jest tak beznadziejny, że najprawdopodobniej wyląduje w koszu. No tak przecież nie powiem.

Jak radzicie sobie w takich sytuacjach, jak "wychować" rodzinę i bliskich?
całuję
Kosodrzewina79



PS W wakacje przez kilka dni gościłam rodzinkę brata (trzech synów). Pomijając fakt, że moje wszystkie szampony i płyny do kąpieli szły jak woda (ale kostki mydła nikt nie ruszył), to jeszcze na koniec usłyszałam od brata: "Ciotka, Ty te swoje kosmetyki to Ty masz jakieś takie dziwne, po prostu chujowe". I co dostałam na pożegnanie od zatroskanej rodzinki? Litrowy płyn do kąpieli z Biedronki i zestaw kosmetyków Dove. Padłam ze śmiechu.

wtorek, 30 sierpnia 2016

(denko) Oczyszczanie / demakijaż - płyny micelarne Sylveco, Biolaven, So Bio + olejek do demakijażu Ikarov

Witajcie w dalszej części moich denkowych postów.

Demakijaż twarzy zawsze zaczynam od zmycia makijażu z oczu. Nawet jeżeli stosuję później olejki lub żele myjące, to pierwszą warstwę makijażu i sebum obowiązkowo zmywam micelem.




  • Moim wielkim ulubieńcem w kategorii płyn micelarny bez wątpienia jest płyn lipowy marki Sylveco. Uwielbiam w nim wszystko; delikatny zapach, skuteczność, brak podrażnień i przede wszystkim czuję jakąś taką przyjemność podczas stosowania tego płynu. Widziałam go ostatnio w Naturze za 19,99, ale ja zawsze poluje na promocje i zniżki - nigdy nie zapłaciłam za niego więcej niż 14-15 zł. Szczerze polecam.
  • Po tym jak zachwycił mnie płyn Sylveco z dużymi nadziejami sięgnęłam po lawendowy micel Biolaven. Już po pierwszym użyciu wiedziałam, że chociaż piękny, ale jednak zbyt intensywny winogronowy (dokładnie ten sam zapach ma maska Organique - Anti Age) zapach płynu będzie dla mnie problemem. I nie pomyliłam się, już po kilku użyciach zapach zaczął mnie bardzo drażnić, podrażnione były również moje oczy. Produkt Biolaven niestety nie dorównuje ani delikatnością, ani skutecznością micelowi Sylveco.
  • Produkt Ikarov to nie micel, ale dwufazowy płyn do demakijażu - jest to bardzo prosta mieszanka olejku jojoba i wody różanej. Piękny różany zapach sprawia, że używanie tego produktu to sama przyjemność. 
  • I na koniec moje wielkie rozczarowanie - nagietkowy płyn micelarny SO BIO etic. Po kilku dobrych recenzjach była prawie pewna, że wydanie 50zł na 500ml bardzo dobrego płynu, to po prostu dobrze wydane pieniądze. Niestety szybko okazało się, że płyn w moim odczuciu jest wielkim bublem. Zacznę od niewybaczalnej cechy - płyn powoduje pieczenie i na długo podrażnia moje oczy. Płatek nasączony płynem nie zbierała z twarzy makijażu czy sebum, ale miałam wrażenie, że po tej twarzy po prostu się ślizga, no i jeszcze ta piana. Fuj! 
A jakie są Wasze ulubione płyny micelarne?
całuję
Kosodrzewina79

niedziela, 28 sierpnia 2016

Ona: Douces Angevines - Julie

Bywają zapachy, w które z pewnością Bóg musiał tchnąć swój magiczny pierwiastek, bo jak inaczej wytłumaczyć świat zapachów, który przed nami otwiera francuska marka Douces Angevines. Jeżeli przekroczysz drzwi do tego świata, to po prostu już nie chcesz wyjść. Chcesz iść dalej i dalej...

Dzisiaj zapraszam Was do świata dezodorantu naturalnego. Opisywałam Wam już moje wrażenia po cudownym Theo. Dzisiaj przyszedł czas na Nią - Julie.


Kim jest Julie?
Łagodny dezodorant, który w sposób naturalny reguluje pocenie bez blokowania porów skóry. Neutralizuje przykre zapachy. Utrzymuje zdrową i świeżą skórę. Delikatne nuty drzewne oraz kwiatowe z odrobiną świeżych i oryginalnych zapachów zwiększają Twoją odporność na stres, przynosząc Ci spokój.
Korzyści:
Szałwia z ogrodu Douces Angevines reguluje produkcję potu, bez zatrzymywania go w skórze, reguluje temperaturę ciała i pomaga usunąć z niego toksyny.
Hyzop lekarski pomaga zneutralizować zapach ciała.
Skrzyp polny posiada właściwości ściągające, oczyszczające i przeciwzapalne.
Olejki eteryczne zostały tak dobrane, aby zwiększyć działanie tych trzech roślin i wzmocnić ich orzeźwiające i oczyszczające właściwości.
Słodki sok z agawy i organiczny alkohol pszenicy wydobywają to co najlepsze z roślin, dodając świeżości.


Skład:

Etanol (naturalny alkohol pochodzenia roślinnego), woda, róża damasceńska, agawa amerykańska, ylang-ylang, cytron, hyzop lekarski,  szałwia lekarska, piżmian właściwy, manuka, skrzyp polny, kadzidłowiec, czarna porzeczka.


Unikalna alchemia roślinnych olejków eterycznych, maceratów z roślin i wód kwiatowych.
Zawiera organiczny alkohol z pszenicy.100% wszystkich składników pochodzenia naturalnego. 87,49% ogółu składników pochodzi z upraw ekologicznych.
Bez sztucznych dodatków, konserwantów, parabenów, soli aluminium, sztucznego zapachu. Produk wegański. Nie testowany na zwierzętach. Kontrolowany dermatologicznie.

INCI:
ETHANOL*, AQUA, ROSA DAMASCENA*, AGAVE AMERICANA*, CANANGA ODORATA*, CITRUS MEDICA, HYSSOPUS OFFICINALIS*, SALVIA OFFICINALIS*, HIBISCUS ABELMOSCHUS, LEPTOSPERMUM SCOPARIUM, EQUISETUM ARVENSE*, BOSWELIA CARTERII, RIBES NIGRUM*, PARFUM (ESSENTIAL OILS FRAGRANCE), linalol, limonene, eugenol, citronellol, geraniol, citral, benzyl benzoate, neral, farnesol, benzyl salicylate (contained in essential oils)
* Składnik z rolnictwa ekologicznego
Działanie: Julie nigdy mnie nie zawiodła. Stosowałam ją zawsze na świeżo umytą skórę pachy. Dwa psiknięcia i byłam ubrana w jakże piękny i intrygujący zapach Natury. W pracy jestem ciągle w ruchu, między ludźmi, dodatkowo jeszcze od jednego do drugiego miejsca pracy przemieszczam się miejskimi środkami transportu i nawet w te ciepłe miesiące (maj, czerwiec i lipiec) nie czułam od siebie przykrego zapachu. Oczywiście te bardzo upalne i intensywne dni zdarzało się, że czułam wilgoć pod pachami, ale nie było przy tym żadnego przykrego zapachu, a wokół mnie unosił się jedynie zapach Julie. Bardzo często używałam Julie po prostu jako perfum.

Zapach: Julie od Theo jest znacznie delikatniejsza, bardziej subtelna. Wszak to Ona przecież. Wyczuwam tam głównie nutę gorzkiej pomarańczy zmieszaną z odrobiną słodkiej agawy, a to wszystko oprószone jest intensywną i orzeźwiającą szałwią, gdzieś w oddali tli się jeszcze nuta leśnych kwiatów. Jest to zapach intensywny, kobiecy, głęboki i bardzo zmysłowy. 
Daleki od oczywistości, płaskości i nudy.
Julie vs Theo - Julie pozbawiona jest ziemistości, nie ma w sobie powalonych drzew i brudu Theo. A moja miłość do Theo nigdy nie ustanie, własnie za ten mrok i trociny. 
Dezodoranty Douces Angevines to kosmetyki dla koneserów zapachów.  
Ja swoje wszystkie, już 6 buteleczek kupiłam w sklepie TobeEco. Ale uczciwie ostrzegam, na miłość do zapachów Douces Angevines nie ma lekarstwa.
całuję
Kosodrzewina79

sobota, 27 sierpnia 2016

(denko) Toniki i hydrolaty - Madara, Nourish, Alva, Pat&Rub, Energy Family, Avebio, LASS, Dr.Hauschka, Planeta Organica

Witajcie,
jako posiadaczka cery tłustej już dawno, dawno temu przekonałam się jak ważnym krokiem w pielęgnacji takiej cery jest dokładne oczyszczanie. Żaden kosmetyk nie szansy zadziałać, jeżeli na skórze są resztki makijażu, pot, kurz czy sebum.
Tonizowanie skóry, czyli użycie toniku po wcześniejszym oczyszczeniu skóry, to również bardzo istotny krok w pielęgnacji mojej skóry. Nie zapominam o nim nigdy, zwłaszcza wtedy gdy myję twarz mydłem w kostce (zasadowe pH), a tak było przez ostatnie miesiące bardzo często.

Poniżej przedstawię Wam kilkanaście produktów, które miały szansę mniej lub bardziej spektakularnie zadziałać ma mojej twarzy.
Toniki/hydrolaty podzieliłam na 4 grupy: hity, naprawdę dobre, ok, ale nic specjalnego oraz buble.

Zacznę od bubli, czyli kosmetyków, które nie sprawdziły się w mojej pielęgnacji:


1. Planeta Organica, Tonik nawilżający antyoksydacyjny - woda i to do tego jeszcze klejąca się, zero działania.
2. Madara, Tonik do cery tłustej - największe rozczarowanie ostatnich tygodni. Nie spotkałam się chyba jeszcze na żadnym blogu ze złą oceną produktów Madary. Ale niestety ja o tym toniku nie mogę napisać nic dobrego. W składzie zaraz po wodzie znajduje się alkohol, którego jakoś nigdy się nie bałam, ale teraz widzę, że muszę unikać. Produkt tak mocno dosłownie walił alkoholem i niestety podrażniał moją skórę, że nie byłam w stanie zużyć butelki do końca. Zaobserwowałam również wzmożone wydzielanie sebum podczas stosowania tego toniku, gdy produkt odstawiałam po kilku dniach praca gruczołów wracała do normy.
3 NeoBio, Tonik - kolejny zawodnik z alkoholem. Chociaż w przypadku tego toniku zapach był przyjemniejszy.

A teraz kolej na toniki/hydrolaty, które szału nie zrobiły, ale też mi nie zaszkodziły:


4. Pat&Rub, Mgiełka różana - przepiękny zapach róży, który naprawdę uwielbiam. Musiało minąć kilka lat w mojej naturalnej pielęgnacji nim dobitnie do mnie dotarło, że woda różana jest ok, ale są inne, lepsze dla mojej tłustej cery.
5. LASS, Woda różana - (to samo co wyżej) :)
6. Dr. Hauschka - tonik/lotion odświeżający, którego zapach bardzo lubiłam, tak samo jak idealny atomizer i piękne szklane opakowanie, ale co z tego skoro działanie tego produktu było bardzo przeciętne.
7. Planeta Organica, Tonik do cery tłustej - po prostu poprawny tonik.

A teraz czas na naprawdę dobre toniki/hydrolaty:


8. Pat&Rub, Tonik - to właściwie bardzo udana mieszanka hydrolatów. Często nasączałam nim tabletki, z których po nasączeniu płynu robiły się maseczki w płachcie.
9. Avebio, Hydrolat z czystka - uwielbiałam przemywać nim twarz rano, cudownie spisywał się też w maseczkach z glinkami.
10. EnergyFamily, Tonik melisowy - po prostu hydrolat z melisy. Ładnie wyciszał skórę.

A na koniec moje hity, kosmetyki do których na 100% wrócę:


11. Laboratorium Cosmeceuticum, Hydrolat oczarowy - bardzo dobry zawodnik. Po prostu widziałam jak po przejechaniu wacikiem moja twarz wygląda inaczej, obkurczały się pory, twarz robiła się matowa. Uwielbiam go, ale wiem, że jest on bardzo mocny, dlatego nie polecam wrażliwcom. Kolejna butelka już stoi w łazience.
12. Pat&Rub, Mgiełka z gorzkich pomarańczy - uwielbiam za zapach - są to po prostu moje nuty zapachowe. Cudowne działanie, błyskawiczne odświeżenie.
13. Alva, Rhassoul, Spray regenerujący  - cudowny tonik w pięknym szklanym opakowaniu z higienicznym atomizerem. Mam wrażenie, że dopiero przy tym produkcie zrozumiałam co to znaczy prawdziwie tonizować skórę. Tonik ten to właściwie aloes z wodą i cudownymi olejkami eterycznymi: z drzewa herbacianego, lawendy, grapefruita, cytryny, miodu manuka i kadzidłowca. Idealny zestaw dla skóry tłustej. 
14. Nourish, Tonik jabłkowy - seria jabłkowa marki Nourish to moje wielkie odkrycie tego roku. Zakup w promocji pakietu mini okazał się rewelacyjnym posunięciem. Te 50ml toniku fantastycznie odświeżało i rozjaśniało moją skórę, po jego użyciu od razu nabierała jakby blasku i energii (wiem, że to brzmi jak idiotyczne obietnice producenta z opakowania), ale naprawdę takie efekty widziałam na swojej twarzy. Ten tonik z pewnością jeszcze zobaczycie w moich zakupowych postach.


Jestem bardzo ciekawa, czy znacie te produkty? 
Jakie jest Wasze zdanie na ich temat? Pokrywa się z moimi odczuciami?
całuję
Kosodrzewina79

piątek, 26 sierpnia 2016

(denko) Ciekawe żele do mycia ciała - Nubian, Ec lab, Natura Siberica, Weleda, Dr. Bronners, Dudu - Osum, Liquid Shea Butter Black Soap

Witajcie,
w dzisiejszym poście pokażę Wam kilka ciekawych żeli do mycia ciała. Od ponad dwóch lat w mojej łazience królują mydła w kostce, ale czasami jeszcze z sentymentu sięgam po mydła w płynie.


Swoje żelowe opowieści rozpocznę od dwóch afrykańskich czarnych mydeł. Pierwsze to płynna wersja mydła Dudu - Osum (Herbal). Pamiętam, że kupiłam je z ciekawości po tym jak naprawdę zachwyciłam się mydłem Dudu w kostce.




Nie byłabym sobą, gdybym nie skusiła się też na balsam od Dudu, ale niestety jego skład bardzo mnie rozczarował, i szybko znalazł on nowego właściciela.




Mydło jest koloru brązowo-miodowego z perłowym połyskiem, ma dość gęstą konsystencję i bardzo intensywny ziołowo-leśno-drzewny zapach.
Mydło nie sprawdziło się w roli szamponu, bo chociaż mocno oczyściło skalp, to jednak jednocześnie, zbyt mocno go obciążyło (włosy były po kilku godzinach do mycia).
Produkt najbardziej lubiłam w roli szybkiego peelingu enzymatycznego. Rozprowadzałam mydło na ciele, a po kilku minutach spłukiwałam pianę. Efekt? Niesamowicie gładkie ciało.





Drugim żelem jest również czarne mydło afrykańskie - Liquid Shea Butter Black Soap. To z kolei ma ma konsystencję brązowej wody. Byłam tym bardzo zaskoczona i spodziewałam się, że zniknie z mojej łazienki po kilku dniach. A tym czasem było zupełnie inaczej - dosłownie kilka kropel wylanych na gąbkę sprawiało, że moje całe ciało było dokładnie oczyszczone. Mydło nie tylko oczyszczało, wygładzało, ale też i cudownie nawilżało mają skórę. Uwielbiałam je.




Natura Siberica, Ujędrniający oraz witaminowy żel pod prysznic - to takie po prostu bardzo przyzwoite żele w dobrej cenie. Duże pojemności oraz wygodna pompka, to wielkie atuty tych produktów. Kosmetyki przyjemnie pachniały i dobrze oczyszczały skórę.


Kolejnymi produktami, które gościły w mojej łazience, to dwa produkty marki Weleda. Pierwszy to brzozowy żel peelingujący, drugi to cytrynowy krem myjący. Oba produkty mają przepiękne składy, cudownie niepowtarzalnie zapachy. Uwielbiałam je stosować i pewnie dlatego wykończyły się błyskawicznie (ale tak poważnie, to są mało wydajne).


Żel Nubian Heritage to moja prawdziwa perełka. Jego cudowny zapach lemongrass (palczatka cytrynowa - rodzaj trawy) i olejek herbaciany, ta niby cytrynowa, ale jednak z mocno wyczuwalną gorzką nutą kompozycja zapachowa, bardzo mnie urzekła. Żel miał konsystencję gęstej galaretki, co przekładało się na jego wydajność - stał w mojej łazience długie, długie tygodnie. Najbardziej odświeżający żel jaki w życiu miałam.

Dr. Bronners to mydło, o którym marzyłam od dawna. Zdecydowałam się na wersję z zieloną herbatą. Nie wiem co między nami nie zagrało, dla mnie było to poprawne mydło z bardzo dobrym składem.

Ec Lab Argan Spa - nawilżający olejek pod prysznic - ta seria to moja wielka miłość. Na przestrzeni 1,5 roku zużyłam już 3-4 masła z tej linii. Po prostu uwielbiam zapach i działanie tych produktów.

 Podsumowując, na moim subiektywnym podium stanęły te trzy żele. Jeżeli będę miała okazję, to z pewnością po nie jeszcze sięgnę, bo naprawdę zapadły na długo w mojej kosmetycznej pamięci.

Znacie te żele? Jakieś Was szczególnie zainteresowały?
A może polecicie mi coś ciekawego?
całuję
Kosodrzewina79

wtorek, 23 sierpnia 2016

Felicea, Naturalny błyszczyk do ust - nr 31 i 35

Witajcie,
w dzisiejszym poście opowiem Wam o moich wielkich wakacyjnych ulubieńcach. W lipcu i sierpniu na moich ustach nie gościło praktycznie nic innego prócz błyszczyków Felicea. Moje pierwsze spotkanie z tą polską marką wcale nie było miłe, źle trafiłam z kolorem szminki, i trochę się zraziłam. Ale gdy mi przeszło postanowiłam dać szansę ich  błyszczykom, i bardzo się z tego cieszę.

Po długich namysłach zdecydowałam się na dwa kolory:

  • 31 (słodka malina) 
  • i 35 (dojrzała brzoskwinia). 




Nr 31 to taka przyjemna różowa malina z małymi drobinkami. Pięknie wygląda na ustach. Naprawdę ożywi każdy makijaż i  doda nam młodzieńczego uroku.


Nr 35 to taka ciepła i naturalna brzoskwinka. Bardzo podoba mi się w tym kolorze to, że nałożony dosłownie odrobinę wydaje się wręcz bezbarwny, dopiero przy drugiej warstwie pojawiają się ciepłe, brzoskwiniowe tony.



A tutaj jeszcze porównanie obu kolorów:


Podsumowując, są to bardzo dobre polskie naturalne błyszczyki. Uwielbiam w nich wszytko: przyjemną, nie rozlewającą się poza kontur ust konsystencję, owocowy zapach, cudowny skład, który wyraźnie pielęgnuje usta. Jeszcze kilka godzin po aplikacji kosmetyku na ustach czuję przyjemne nawilżenie.
W ofercie marki Felicea jest 6 kolorów, ale nie widzę siebie w czterech pozostałych. Czekam jeszcze na neutralną czerwień, może właściciel pomyśli o takim kolorze.

Znacie te błyszczyki, jaki jest Wasz ulubiony kolor?
całuję
Kosodrzewina79